Za Słownikiem Języka Polskiego sportem są wszelkie formy aktywności fizycznej, prowadzące do poprawy lub wypracowania kondycji fizycznej i psychicznej.
Joga wpisuje się w tę ramę perfekcyjnie
Za sport uznaje się jednak aktywność prowadzącą do osiągnięcia wyników w drodze współzawodnictwa. I stąd na liście sportów mogły się znaleźć szachy. Ale czy może się tam znaleźć joga?
W jodze z założenia nie ma przyzwolenia na rywalizację. Możemy co najwyżej wyznaczać sobie cele i próbować je osiągnąć. Nie możemy jednak z nikim walczyć, by do celu dotrzeć. Z nikim, włączając samych siebie.
Joga w miejsce współzawodnictwa, walki i dążenia do perfekcji, promuje samoakceptację, szacunek do własnych ograniczeń, poszanowanie różnic i miłość do samych siebie i otaczającego świata.
Podczas gdy większość sportów polega na przekraczaniu granic własnych możliwości, joga każe nam jedynie czasem przekraczać granice własnego komfortu.
Czasem – o zgrozo – każe nam się zatrzymać. A to wywołuje olbrzymie napięcie w ciele i umyśle przyzwyczajonym do wiecznego ruchu.
Z natury czujemy potrzebę przemieszczania się, robienia czegoś nieustannie, mamy problemy z zapamiętaniem różnych drobiazgów. Trudności sprawia nam koncentracja, przeczytanie książki.
Działamy pod wpływem bodźców, impulsywnie. Nawet jeśli nie ruch, to naszym dniem dowodzi chaos. Nie lubimy powtarzalnych czynności, bo nie są już dla nas rytuałami, a nudną rutyną.
A już w ogóle i za nic w świecie nie chcemy się właśnie zatrzymać. Zatrzymanie kojarzy się nam z chorobą, kontuzją i nieszczęściem. Zatrzymanie boli. Zatrzymanie wymaga pogodzenia się z losem. Zatrzymanie grozi wykluczeniem. Z drużyny. Z pracy. Z klasy. Zatrzymanie grozi nawet czymś zgoła tak banalnym jak przytyciem.
Zatrzymanie wymaga odwagi. A to dlatego, że zatrzymanie grozi… refleksją.
Kiedy się nagle zatrzymujemy i zdajemy sobie z tego sprawę, okazuje się, że mamy do siebie żal i pretensje. A to o wybuchowe reakcje, a to o za mało czasu dla dzieci, za mało ambitną pracę, za mało egzotyczne wakacje, za słabe chęci do nauki, za bałagan, za niedopełnienie jakichś obowiązków, za dużo czasu na facebooku, niezapłacenie rachunków na czas, czy zbyt późne wstawanie i zarwane noce.
W większości przypadków zatrzymanie może sprawić, że zauważymy, jak nam daleko do ideału, którym chcielibyśmy być. W naszym świecie nie ma akceptacji dla słabości. Nie ma przyzwolenia na bycie nieidealnym sobą.
Zatrzymanie na macie również może w nas wywołać chęć pokonania samych siebie, pogłębienia skłonu, choć kręgosłup nie pozwala, pogłębienia rozkroku, choć ścięgna proszą o litość, chęć spojrzenia na sąsiada, bo może ma ciało atlety i staje na rękach tak stabilnie, jak ja bym na stopach stać chciała.
Na szczęście mądry nauczyciel jogi pochyli się wtedy nad nami. Powie nam, byśmy skierowali spojrzenie na własną matę lub jeśli mamy większe ambicje – na niebo. Uspokoi myśli, mówiąc o skupieniu na oddechu. Mądry nauczyciel spojrzeniem, ruchem, słowem, a czasem subtelnym dotykiem przypomni nam, że nasze ciało może mieć gorszy dzień, ale i tak zasługuje na szacunek, którego mu często odmawiamy, szarpiąc się z nim, jakby nasze nie było i do późnej starości nie miało nam służyć.
Uprawiałam różne dyscypliny sportowe. Nauczyły mnie one świadomie pracować z ciałem, czyli wiedzieć, jakie mięśnie uczestniczą w jakim ruchu i w jaki sposób zaangażować te, które trzeba, by nie zrobić sobie krzywdy. Miewałam też trenerów, którzy byli skutecznymi motywatorami i krzyczeli: „Dawaj, jeszcze, dasz radę!” A ja oczywiście radę dawałam. I stawałam się coraz bliższa mojego ideału. Bliższa, choć nigdy nieidealna, za co winiłam oczywiście moje słabości, których w sobie jawnie nie znosiłam.
Kilka lat z jogą pozwoliło mi prawie całkiem je oswoić. Nie muszę już nic nikomu, a zwłaszcza sobie udowadniać. Każdy kwadrans na macie jest celem samym w sobie, a ja (prawie) bez oczekiwań mogę z fascynacją obserwować zmiany dokonujące się w moim ciele i umyśle.
Trudno jest połączyć akceptację własnych ograniczeń i ideę współzawodnictwa, tak jak trudno sprinterowi kazać nie myśleć o mecie. Dlatego między innymi praktyka jogi nie jest i nigdy nie będzie sportem.
Wydaje mi się jednak, że warto jej elementy wpleść w swoją codzienność, nawet jeśli jest się tancerzem, maratończykiem, piłkarzem czy himalaistą. Każdy świetnie poradzi sobie z wygraną. Ale porażka, a jeszcze bardziej strach przed porażką niejednemu z nas nie pozwala spokojnie zasnąć.